Open’er Festival 2014 - IV

(SCROLL LOWER FOR THE ENGLISH VERSION)


The Horrors. Ze wszystkich zespołów występujących na głównej scenie to właśnie The Horrors zebrali najmniejszą publiczność. Aż przykro było patrzeć. Nie można jednak tego zrzucić na wczesną porę (Foals o tej samej godzinie mieli pokaźny tłum pod sceną). Wina niestety leżała głównie po stronie zespołu. Na scenie byli totalnie bez energii. Nawet nagłe zrywy takie, jak gdy wokalista wyniósł na scenę wielką disco-kulę, a później donicę kwiatów, które rzucał ludziom nie pomogły. Wypadli nudnawo. Szkoda. Przyjemnie słucha się ich płyt, ale koncertów nie mogę polecić.

Faith No More. Poprzedni Open’erowy koncert Faith No More nie przypadł nam do gustu. Kilka lat, trochę więcej dystansu, szersze horyzonty oraz więcej muzyki rockowej niż elektronicznej w naszych „bibliotekach” i wszystko się zmieniło. Tym razem byłyśmy w stanie docenić znakomitego frontmana Mike’a Pattona, jego energię na scenie, świetny kontakt z publicznością, zadziorność, jaki i wszechstronność i fantastyczny głos o godnej pozazdroszczenia skali. Równie wspaniale prezentował się cały zespół, a zwłaszcza pan Roddy Bottum. Nie do końca ogarniamy oprawę sceniczną – wielką kulę disco, wazony z kwiatami i białe stroje członków grupy… Ale cóż, Patton słynie ze swojej ekscentryczności ;) Amerykanie zaserwowali nam porządną, mocną dawkę alternatywy. Miks spokojnych oraz ostrych, wręcz metalowych kawałków. Pojawiły się starsze utwory, jak „We Care A Lot”, „R N’ R” czy „Falling To Pieces”, przebojowe „Epic” i „Midlife Crisis”, wyśmienite „Ashes To Ashes”, nastrojowy cover „Easy”… Usłyszeliśmy też dwie zupełnie nowe piosenki – „Superhero” i „Motherfucker”. To daje nadzieje na nowy album, pierwszy od 17(!) lat. Tego właśnie, jak i kolejnego koncertu w Polsce, życzymy sobie i Wam. Naprawdę warto zobaczyć Faith No More na żywo przynajmniej raz!

Bastille. Dali dobry, energiczny show. Wokalista z pewnością jest obiektem wzdychań wielu gorących 16-tek. Mają bardzo dobry kontakt z publicznością, starają się go podtrzymywać przez cały występ. Dan całkiem sporo rozmawia z ludźmi pod sceną, co tworzy taką… swojską atmosferę. To, co zwróciło szczególnie moją uwagę to jego bardzo, bardzo ładny akcent. Mówienie po polsku też udało mu się niemal idealnie. Dużo podkreślał, że są wdzięczni za przyjście na ich koncert i zaproszenie na ten festiwal. Częścią jego nawiązywania kontaktu z publiką było także schodzenie ze sceny do barierek czy wejście na reżyserkę (ale nas tym wykiwał, wszyscy myśleli, że wchodzi z powrotem na scenę!). Było także „Sto lat”, bo perkusista miał urodziny. A oprócz tego, usłyszeliśmy na koncercie przede wszystkim „Bad Blood”, „Laura Palmer”, „These Streets”, „Things We Lost In The Fire”,„Pompeii” oraz covery „Of The Night” i „No Scrubs” (tytuł Bastille to „No Angels”). Zagorzali fani zespołu z pewnością bawili się bardzo dobrze na koncercie. Można było potańczyć oraz pośpiewać refreny bardziej znanych kawałków. My na klubowy koncert Bastille biletów raczej kupować nie będziemy (ale kto wie), jednakże jeśli kiedyś przydarzy się okazja ponownie zobaczyć ich na żywo, np. tak jak tym razem na festiwalu, to pewnie tam wpadniemy ;)

Phoenix. Ten koncert opisać mogę jedynie w superlatywach. Inaczej się nie da. Kazali nam na siebie czekać 14 lat, ale tym jednym, nieco ponad godzinnym występem całe to wyczekiwanie wynagrodzili. Od wejścia na scenę mieli wspaniałą, pozytywną energię i nie stracili jej przez cały show. Publiczność rozbujała się od pierwszych dźwięków rozpoczynającego set „Entertainment”. Dalej było tylko lepiej! Świetna atmosfera sama się nakręcała, nagradzani gromkimi brawami i okrzykami Francuzi dziękowali nam za wspaniałe przyjęcie. Trudno ustać w miejscu przy tak genialnej mieszance elektroniki, popu oraz rocka. Tym bardziej, gdy obserwuje się uśmiechnięty, tańczący na scenie zespół i wsłuchuje w cudowny wokal Tomasa Marsa. Grupa zaprezentowała znakomitą setlistę składającą się z 8 piosenek oraz 4 fenomenalnych miksów utworów. Pojawiły się fantastyczne „Lasso” i „Rome”, szlagierowe „Lisztomania” oraz „1901”, wyśmienicie skomponowane „Trying to Be Cool / Drakkar Noir / Chloroform” czy „If I Ever Feel Better / Funky Squaredance”. Zachęcony świetną reakcją tłumu wokalista coraz więcej czasu spędzał w fosie, śpiewając refreny wraz z fanami. Podczas kończącego „Entertainment (Reprise)” Mars wykonał crowdsurfing (literalnie płynąc kraulem po lesie rąk). Po tak genialnym show należało mu się (dosłowne i przenośne) noszenie na rękach :) Bez dwóch zdań występ Phoenix był jednym z najlepszych tej edycji Open’era, zdecydowanie w moim „top 3”. Trudno wymarzyć sobie lepsze zakończenie festiwalu. Mamy wielką nadzieję, że Francuzi nie każą nam na siebie czekać kolejnych 14 lat i wrócą do nas niebawem - najlepiej na własny, klubowy koncert. A kiedy już tak się stanie - bądźcie tam koniecznie, nie pożałujecie!


//


The Horrors. Out of all the bands that performed on the main stage The Horrors gathered the smallest audience. It was sad to watch. But it can’t be blamed on the early hour (Foals, who played just as early the day before, gathered a rather large crowd). Unfortunately it was the band’s own fault. They were totally drained of energy on stage. Even sudden bursts, like when the vocalist brought a giant disco-ball and later flowers, which he threw to the listeners, didn’t help. They came across boring. A shame. I like to listen to their music on my player, but I can’t recommend their concerts.

Faith No More. We weren’t very fond of their last gig at Open’er. A few years had passed, we gained a different view, broader horizons and more rock music in the place of electronic in our libraries and everything changed. This time we could appreciate the fantastic frontman, Mike Patton, his energy on stage, great contact with the crowd, cheekiness as well as his versatile and wonderful voice with its admirable scale. The rest of band was just as great, especially mister Roddy Bottum. We don’t necessarily get the stage design – the giant disco ball, pots of flowers and the group’s white outfits… But oh well, Patton is known for his eccentricity ;) The Americans gave us a good, strong dose of alternative music. A mixture of calm and heavy, metal tracks. There were some older songs such as “We Care A Lot”, “R N’ R” and “Falling To Pieces”, hit singles “Epic” and “Midlife Crisis”, remarkable “Ashes To Ashes”, atmospheric cover of “Easy”… We also got to hear two completely new pieces – “Superhero” and “Motherfucker”. This gives me hope for a new album, a first release since 17(!) years. And that is what I wish for all of us. As well as another show. Faith No More is really worth seeing at least once!

Bastille. They gave a good, energetic show. The vocalist is undoubtedly the person of worshipfor many sweet sixteens. The band has a really good contact with the crowd and they try to maintain it throughout the show. Dan does a lot of talking to the gathered people which helps create a very… family-like atmosphere. What especially got my attention was his beautiful, beautiful English accent. He even did very well when he spoke some Polish. Many times he repeated how grateful they were to everyone who came to see their show and how thankful the group was for the invitation to the festival. Apart of his contact with the audience he was going down to the bars and even climbing the technicians’ tent (he tricked us by it, everyone thought he was going back on stage!). There was some “Happy Birthday” singing as well since it was the drummers birthday. And aside from that we heard “Bad Blood”, “Laura Palmer”, “These Streets”, “Thing We Lost In The Fire”, “Pompeii” as well as covers of “Of The Night” and “No Scrubs” (Bastille’s version is called “No Angles”). Big fans of the group surely had the time of their life. The concert was perfect for singing along to the choruses and dancing. We probably won’t attend Bastille’s club concert (well, who knows), but if we ever get a chance to see them live, at another festival for example, we’ll definitely drop by ;)

Phoenix. I can speak only very high of this show. There is no other way. They made us wait 14 years. But this one concert was a compensation and more for all this time. From the very moment they walked on stage they had wonderful, positive energy and they kept it throughout the gig. The first sounds of the opening track, “Entertainment”, got the audience moving. And it only got better after that! The wonderful atmosphere kept unfolding and the Frenchmen, rewarded with thunderous applause and cheers for every song, thanked us for the remarkable reception. It’s hard to stand still while listening to such a brilliant mixture of electronic, pop and rock music. Especially when you’re looking at the smiling band dancing on stage and listening to Thomas Mars’ marvellous vocals. The group presented a fantastic setlist which consisted of 8 songs and 4 phenomenal mega-mixes. And so we heard the amazing “Lasso” and “Rome”, smash-hits “Lisztomania” and “1901”, incredibly well remixed “Trying to Be Cool / Drakkar Noir / Chloroform” and “If I Ever Feel Better / Funky Squaredance”. Encouraged by the crowd astonishing reaction the vocalist spent more and more time at the bars singing the choruses with the audience. During the last song, “Entertainment (Reprise)” Mars went crowdsurfing (literally doing the crawl stroke on a sea of arms). He completely deserved being doted by the fans :) Indisputably Phoenix gave one of the best concerts at this edition of Open’er and definitely made my “top 3”. It’s hard to imagine a better ending to the festival. I really hope that these Frenchmen won’t make us wait another 14 years and will return soon. A club show would be the best. And when that happens – you’ve got to be there, you won’t regret it!



/B.N.



_______

Like us on Facebook: http://facebook.com/sndchck

Open’er Festival 2014 - III

(SCROLL LOWER FOR THE ENGLISH VERSION)


Foals. Trzy lata temu w deszczu, w tym roku w pełnym słońcu. Foals odwiedzili nasz kraj po raz trzeci, a już drugi na Open’erze. Koncert został wyznaczony na dość wczesną godzinę, niemniej zespół zebrał sporą publiczność. I nic w tym dziwnego. Panowie cieszą się w Polsce znaczną oraz zasłużoną popularnością. Na żywo brzmią jeszcze ciekawiej niż na albumach i znakomicie potrafią zbudować więź z fanami. Yannis kilkukrotnie schodził do tłumu, wchodził na barierki, zachęcał ludzi do zabawy. Ci nie potrzebowali wiele nakłaniania. Podczas hitów takich jak „My Number”, „Two Steps, Twice” czy „Spanish Sahara” rozpętywało się szaleństwo, a pod sceną robiło się gorąco. Sam Yannis w zagranicznych wywiadach przyznaje, że nasz kraj ma jedną z najlepszych publiczności. Po tym koncercie trudno nie wierzyć w szczerość jego słów. Ja mogę w rewanżu powiedzieć, że Foals należą do najfajniejszych i najbardziej czarujących performerów. Zdecydowanie warto wybrać się na ich występ.

Royal Blood. Kiedy ogłoszono ich przyjazd na tegorocznego Open’era byłam w szoku, że tak szybko będę miała okazję zobaczyć ten genialny duet na żywo (przecież dopiero co w styczniu usłyszałam ich po raz pierwszy!). Jarałam się okrutnie przed koncertem, a po ich występie na Alter Stage… O mamo. Byli prze-fantastyczni! Posiedli mnie kompletnie, dosłownie doprowadzają do rozkoszy. Na scenie dają z siebie wszystko. Namiot koncertowy był pełen ludzi i potu, brakowało jedynie powietrza. Jak tylko wybrzmiało „Hole” zaczęło się totalne szaleństwo. A potem z każdym kolejnym kawałkiem wszyscy byliśmy coraz bardziej nakręceni. „Come On Over”, „Little Monster”, „Loose Change”, „Out Of The Black”.. Latające buty, rozszarpane ubrania, mosh, dziury w podłodze i zniszczone trampki. Teraz jeszcze bardziej pożądam ich debiutanckiego długograja (sierpień, sierpień!) i trzymam za słowo, że niedługo wrócą do Polski. Zaraz obok headlinera dnia trzeciego, występ Royal Blood to mój najlepszy koncert Open’era 2014. Wpadłam po uszy!

Jack White. Na koncert tego pana w wersji solo czekałyśmy 2 lata. Cierpliwość została wynagrodzona, i to co najmniej w 200%! Jack jest wspaniały, po prostu. Nie podlega to wątpliwości. Szczery, sympatyczny, uroczy człowiek – i ma w sobie to coś, co przyciąga. Zawsze podkreśla, że ma polskie korzenie, co jeszcze bardziej urzeka naszą publiczność. Set niemal w połowie składał się z kawałków The White Stripes. Tym sposobem mieliśmy okazję usłyszeć takie utwory, jak „Hotel Yerba”, „Astro”, „You Don’t Know What Love Is”, „Icky Thump” czy szlagierowe „Seven Nation Army”, które dosłownie zniszczyło wszystko! Cały, licznie zebrany tłum wyśpiewał ten hit razem z Jackiem. Nuciliśmy go nawet długo po zejściu zespołu ze sceny. Pojawiły się też „Steady As She Goes” The Raconteurs czy „Blue Blood Blues” The Dead Weather. Z “Blunderbuss” zagrano m.in. świetne “Love Interruption”, “Missing Pieces”, “Sixteen Saltines” i “Freedom At 21”. Natomiast z najnowszego wydawnictwa pt. “Lazaretto” usłyszeliśmy tytułowy singiel “Lazaretto”, „High Ball Stepper”, „Just One Drink” oraz “Would You Fight For My Love?” (osobiście, zabrakło mi mojego ulubionego “That Black Bat Licorice”, ale nie wybrzydzam!). Należy też wspomnieć o świetnym zespole, z którym White występuje na scenie. Perkusista, klawiszowiec, gitarzysta, wokalistka-skrzypaczka (piękna, piękna Pani o genialnym głosie)… Wszyscy byli po prostu fantastyczni. W trakcie koncertu Jacka White’a na scenę patrzy się z wielką przyjemnością, a jeszcze rozkoszniej się słucha. I nawet mimo małych problemów zdrowotnych, ten geniusz dał z siebie dosłownie wszystko. Szczery uśmiech oraz zadowolenie wymalowane na jego twarzy to najlepsze, co można dostać od muzyka na koncercie. Obiecał, że wrócą jak najszybciej. Liczymy na to bardzo, czekamy i wszystkim, których ominął ten cudny występ polecamy jechać jak tylko będzie do tego okazja. Warto, po stokroć warto!

Ben Howard. Organizatorzy wyznaczyli za późną godzinę na występ tego pana. Tak spokojna, klimatyczna, romantyczna muzyka byłaby idealna do posiedzenia na trawie i posłuchania koło 19-20. Ben zagrał na Here And Now Stage o 23, a my po wyszaleniu się na Foals, Royal Blood oraz Jacku White zostałyśmy prawie uśpione. Mimo, że Howard ma świetny głos i jego koncert z pewnością mógł się podobać, nie byłyśmy w stanie zabawić tam długo.

Lykke Li. Pierwszą rzeczą, która rzucała się w uszy było – niestety - nagłośnienie. Na The Black Keys było za cicho, za to na Lykke Li natężenie dźwięku utrudniało przyjemny odbiór koncertu. Zatyczki do uszu szczęśliwie rozwiązywały ten problem i można było skupić się na występie oraz zwrócić uwagę na piękną scenografię – zwieszone woale, sztuczny dym podświetlany od tyłu tworzyły naprawdę fantastyczną oprawę. Wsłuchać się w cudowny głos Szwedzkiej wokalistki i melancholijne melodie jej utworów, które przyczyniały się do stworzenia niepowtarzalnej atmosfery. Koncert nie był długi, ale za to stał się naprawdę wspaniałym doświadczeniem. Usłyszeliśmy fantastyczne „Sadness Is A Blessing”, ujmujące „Dance, Dance, Dance”, słodkie „Little Bit”. Nie zabrakło też przebojowego „I Follow Rivers”, jak i nowych, świetnych utworów – „Gunshot”, „No Rest For The Wicked” czy tytułowego „I Never Learn”. Występ Lykke Li był niezwykle miłym, klimatycznym zakończeniem festiwalowego dnia pełnego wrażeń.


//


Foals. Three years ago in pouring rain, this time in full sun. Foals have visited our country for the third time ever and second at Open’er. The show was scheduled quite early in the day, but gathered a fine crowd nonetheless. And small wonder. The guys can boast a big and well earned popularity in Poland. Live they sound even more interesting than on the album and they are great at building a bond with the fans. Yannis went down to the gathered a couple of times, he climbed the bars and encouraged the people to join the fun. Much persuasion wasn’t needed. Hits such as “My Number”, “Two Steps, Twice” and “Spanish Sahara” got the crowd wild and the atmosphere hot. Yannis himself said in foreign interviews that our country has one of the best audiences. And after this show it’s hard not to believe the sincerity of his words. In return I can say that Foals are among the coolest and most charming performers and they’re really worth seeing live.

Royal Blood. When their performance was announced for Open’er this year I was shocked that I’d have the chance to see this brilliant duo live so quickly (I only just heard them for the first time in January!). I was extremely excited before the concert and after it ended… Oh dear. They were uber-amazing! They got me completely, they literally brought me delight. They give their all on stage. The concert tent was full of people and sweat, the only lacking thing was air to breathe. As soon as “Hole” sounded out total madness started. And the crowd got more winded up with every song. “Come On Over”, “Little Monster”, “Loose Change”, “Out Of The Black”. Flying shoes, ripped clothes, mosh pit, holes in the floor and destroyed sneakers. Now I can hardly wait for their debut longplay (August, August!) and I’m holding them to their word about returning to Poland soon. Aside from the headliner of the third day, Royal Blood were my favourite concert of Open’er 2014. I’m ears deep!

Jack White. We waited two years for a solo concert of this gentleman. Our patience was rewarded in 200% in the least! Jack is amazing, it’s as simple as that. It’s indisputable. Sincere, nice, charming – he’s just got something magnetic about him. He always brings up his Polish roots which gets our crowd cheering. Almost half of the set was made of The White Stripes’ song. And so we heard “Hotel Yerba”, “Astro”, “You Don’t Know What Love Is”, “Icky Thump” and the hit single ”Seven Nation Army”, which smashed everything! The whole big crowd sang along to it with Jack. We hummed it even long after the band left the stage. There were also pieces such as The Raconteurs’ “Steady As She Goes” and The Dead Weather’s “Blue Blood Blues”. Off of “Blunderbuss” we got the wonderful “Love Interruption”, “Missing Pieces”, “Sixteen Saltines” and “Freedom At 21”. From the newest release Jack presented the title track “Lazaretto”, “High Ball Stepper”, “Just One Drink” and “Would You Fight For My Love?” (personally I wish they played my favourite “That Black Bat Licorice”, but I’m not complaining!). The fantastic band, that performed with White is also worth mentioning. Drummer, keyboard player, guitarist, female vocalist-violinist (a beautiful, beautiful lady with an amazing voice)… All of them were just marvellous. It’s a pleasure to watch Jack White perform on stage and it’s even more delightful to listen to him. In spite of health issues this genius really gave it all. A sincere smile and happiness painted on the face is a musician’s greatest gift at a gig. He promised to return soon. We’re really counting on it and recommend going to the show to everyone who missed this last, wonderful chance. It’s really, really worth it!

Ben Howard. The organizers scheduled this performer too late in the night. Such calm, atmospheric, romantic music would be perfect for listening to while sitting on the grass at about 7-8 p.m. But Ben played at the Here And Now Stage at 11 p.m. and we were almost put to sleep after the rocking out and the energy of Foals, Royal Blood and Jack White. Even though Howard has a great voice and surely this show could have been enjoyable we weren’t able to stay there long.

Lykke Li. The first thing that got your attention was, unfortunately, the acoustics. While The Black Keys were too quiet, the intensity of sound was in the way of proper enjoyment of Lykke Li’s performance. Earplugs came to the rescue and solved the problem giving me the chance to focus on the show. The stage design was amazing – veils hanging from the ceiling and illuminated artificial smoke. The Swedish vocalist’s wonderful voice and melancholic melodies of her songs created a unique atmosphere. Though now very long, the concert was a truly great experience. We heard the fantastic “Sadness Is A Blessing”, charming “Dance, Dance, Dance”, sweet “Little Bit”. Of course the setlist wouldn’t be complete without the hit single “I Follow Rivers” as well as new, lovely pieces – “Gunshot”, “No Rest For The Wicked” or the title track “I Never Learn”. Lykke Li’s performance was a really nice, atmospheric end to an exciting festival day.



/B.N.



_________

Like us on Facebook: http://facebook.com/sndchck

Open’er Festival 2014 - II

(SCROLL LOWER FOR THE ENGLISH VERSION)



MGMT
. Miałam okazję być na MGMT na Orange Warsaw Festival kilka lat temu. Niekoniecznie zachwyciło mnie ogłoszenie ich na Open’era, ponieważ w Warszawie było… nudno. Pomijając ich najbardziej znane kawałki, w trakcie których publiczność znacznie się ożywia. No i nic się nie zmieniło, wciąż są tak stateczni na scenie, że od samego patrzenia człowiek się męczy. To wręcz niesamowite, że taką taneczną muzykę można grać w tak nieciekawy sposób. Ludzie wykazują głównie zainteresowanie „Electric Feel”, „Kids” i „Time To Pretend”. Jeśli ktoś na tym koncercie chciał się dobrze bawić i tańczyć, to musiał być zdeterminowany i robić to we własnym zakresie, gdyż zespół nie wykazuje żadnych rozrywkowych inicjatyw. Innym ewentualnym wyjściem było bycie sfazowanym, naćpanym lub pijanym – szczególnie biorąc pod uwagę wizualizacje na telebimach. Nic fascynującego. Płyty możemy posłuchać w domu.

. Karen miała przyjechać na tegoroczny FreeFormFestival, który ostatecznie dał dupy i przenieśli go na jesień. Bardzo nie spodobała mi się informacja o odwołaniu jej koncertu (bo miał być to jeden z dwóch, na które czekałam), ale całe szczęście zaproszono ją na Open’era. Pod HANSem zebrało się całkiem sporo ludzi, co cieszy (muzyka duńska w Polsce ma się całkiem dobrze!). MØ jest przesympatyczną istotą. Sprawiała wrażenie, jakby nie mogła ustać na scenie, niemal cały czas schodziła do barierek – ba, przeszła przez nie nawet! Jest totalnie prawdziwa, przeżywa i czuje muzykę. Rozbujała publiczność, która usłyszała m.in. „XXX 88”, „Pilgrim”, „Waste Of Time”, „Walk This Way”, „Don’t Wanna Dance” i cover Spice Girls „Say You’ll Be There”. Liczę, że ta urocza Dunka jeszcze nas odwiedzi, bo koncert klubowy z pewnością będzie jeszcze lepszy!

Jagwar Ma. To jeden z tych młodych zespołów, które bardzo chciałam zobaczyć na żywo, ale wątpiłam, że uda mi się tego dokonać w Polsce. Na szczęście się myliłam, a trio Australijczyków zostało zaproszone na Open’erowy Alter Stage. Wypełnili namiot, w którym atmosfera szybko stała się gorąca – dosłownie oraz w przenośni. Już po pierwszym utworze publiczność była roztańczona i rozskakana. A z utworu na utwór było coraz lepiej. Panowie są na scenie przeuroczy i widać jak szczerze cieszy ich granie dla znakomicie bawiącej się oraz reagującej publiczności. Uśmiechy malowały się na twarzach zarówno słuchaczy, jak i muzyków. Szkoda jedynie, że setlista była dość krótka.Ale usłyszeliśmy między innymi „Uncertainty”, „Man I Need” i genialne „Come Save Me”. Mam nadzieję, że Jagwar Ma niebawem do nas wróci – wszystkim polecam udanie się na ich występ!

Pearl Jam. To jest zespół, na którego koncert nie trzeba szczególnie namawiać. Miałyśmy okazję zobaczyć ich już na żywo w 2010 roku, także na Open’erze. Ich tegoroczny występ oceniamy lepiej, niż ten poprzedni. Ale poszukiwanie powodu dlaczego mamy takie, a nie inne odczucia jest zbędne. Koncert trwał prawie 2 godziny – spędzone w bardzo przyjemnej, sympatycznej atmosferze. Wystarczy, że zespół wejdzie na scenę i już po prostu ma publiczność. Eddie to niezwykle uroczy człowiek. Budował kontakt z ludźmi i nawet po butelce wina śpiewa świetnie. Żartował, starał się mówić po polsku, opowiedział o problemie z wjazdem do naszego kraju (jeden z członków zespołu zapomniał paszportu), tańczył w rytm (przeszkadzających) bitów z pobliskiej sceny… Dali naprawdę bardzo dobry koncert, w trakcie którego usłyszeliśmy zarówno nowe kawałki („Mind Your Manners”, „Lightning Bolt” czy „Sirens”), jak i największe hity („Given To Fly”, „Even Flow”, „Jeremy” i „Alive”). Występ PJ zamykał cover The Who „Baba O’Riley”, z udziałem Andrew VanWyngardena oraz Benjamina Goldwassera z MGMT, którzy grali tego samego dnia na tej samej scenie. Wszyscy razem wyśpiewaliśmy „Teenage wasteland”, świetne zakończenie. Pearl Jam po prostu trzeba zobaczyć na żywo, ich koncerty dają wiele uśmiechu i nie można wyjść z niego niezadowolonym ;)

//

MGMT. I’ve seen them perform before, at Orange Warsaw Festival a few years back. And I wasn’t too glad about them playing at Open’er because at Warsaw they were…boring. Aside from their better known songs which ‘woke’ the audience up. Well, nothing has changed. The group is just as still on stage as it was and it’s tiring to watch. It’s quite amazing really that they manage to play their dance-provoking music in such an uninteresting way. People show most interest in “Electric Feel”, “Kids” and “Time To Pretend”. But if anyone wanted to dance and have a good time at this gig – they had to do so on their own since the band shows no initiative to entertain. Another solution could be being on a trip, stoned or drunk – especially if you have in mind the visualizations. Nothing fascinating. We don’t need to go to their show to listen to the album - we can do it at home.

. Karen was supposed to come to FreeFormFestival this year, but the event didn’t take place in the end and was postponed ‘till autumn. I didn’t like the news about her concert being cancelled (because it was one of the two I was really looking forward to), but fortunately she was invited for Open’er. The crowd that gathered at the Here And Now Stage was rather large, which makes me happy (Danish music is doing quite well in Poland!). MØ is a charming creature. It seemed she couldn’t stand still - she kept on descending to the audience and even crossed the bars to the other side! She’s totally real and feels the music. The crowd danced and listened to “XXX 88”, “Pilgrim”, “Waste Of Time”, “Walk This Way”, “Don’t Wanna Dance” and a cover of Spice Girls’ “Say You’ll Be There” among others. I really hope that this charming Dane will visit us again, because a club concert would surely be even better!

Jagwar Ma. It’s one of those young bands I really wanted to see live, but doubted I’d have a chance to do so in Poland. Fortunately I was wrong and the Australian trio was invited to Open’ers’ Alter Stage. They filled the tent and the atmosphere got hot pretty quick – literally and metaphorically. It took only one song to got the crowd dancing and jumping. The lads are extremely charming on stage and youc an see the pure joy performing brings them, especially when an audience is this receptive and is having a blast. Smiles were painted on the faces of the participants as well as the musicians’. Too bad the setlist was so short. But we got to hear “Uncertainty”, “Man I Need” and the brilliant “Come Save Me” amongst others. I really hope Jagwar Ma will return to us soon and I recommend seeing their gig to everyone!

Pearl Jam. Encouragement sn’t really needed when it comes to seeing this band’s concert. We’ve had the chance of seeing them live in 2010, also at Open’er. The performance from this year was even better than the last one. But searching for the reasons why we feel so is pointless. The show lasted for nearly two hours – hours spent in a nice, pleasant atmosphere. It’s enough that the group walks on stage and they have the audience directly. Eddie is an incredibly charming guy. He built his connection with the crowd and sang flawlessly even after a bottle of wine. He joked, tried to speak Polish, told about their problem with arriving in Poland (one of the band members forgot his passport), danced to the rhythm of the (interfering) nearby stage… The band gave a really good show. They presented some new songs (“Mind Your Manners”, “Lightning Bold” and “Sirens”) as well as their biggest hits (“Given To Fly”, “Even Flow”, “Jeremy” and “Alive”). The concert was closed by Pearl Jam’s cover of The Who’s “Baba O’Riley” performed on stage with guests from MGMT - Andrew VanWyngarden and Benjamin Goldwasser, who played on the same stage earlier in the day. All together we sang “Teenage wasteland”, what a great ending. Pearl Jam is one of those groups you simply have to see live, their shows will put a smile on your face and you just won’t be able to leave discontent ;)


/B.N.



________

Like us on Facebook: http://facebook.com/sndchck

Open’er Festival 2014 - I

(SCROLL LOWER FOR THE ENGLISH VERSION)



Interpol. Amerykanie otworzyli nasz zestaw koncertów. Nie są może zbyt żywiołowi i być może ich występy nie są tak ciekawe jeśli ktoś nie jest fanem. Ja akurat Interpol uwielbiam i nie mogłam się doczekać zobaczenia zespołu na scenie. Mimo pełnego słońca oraz dość wczesnej pory panowie wypadli świetnie. Potrafią stworzyć wspaniałą atmosferę. Ponadto, ich kunszt muzyczny jest godny podziwu, a baryton Paula Banksa jest na żywo przecudowny. Poza starszymi, genialnymi utworami, takimi jak „Evil”, „Narc” czy „Obstacle 1”, zespół zaprezentował materiał z nowego, niewydanego jeszcze albumu „El Pintor”. „My Desire”, „Anywhere”, a zwłaszcza „All The Rage Back Home” sprawiają, że czekam na tę płytę z niecierpliwością. Wyśmienite wykonanie „PDA” i „Slow Hands” zamknęły występ. Nie mogę się doczekać jakiegoś klubowego koncertu.

Metronomy. Miałyśmy już okazję być na ich koncercie (jedna z nas nawet dwa razy). W Stodole i na OFFie było super. Open’erowy występ wiązał się z promocją nowej płyty Brytyjczyków, która nam do gustu nie przypadła (pomijając kilka kawałków). Do Namiotu trafiłyśmy mniej więcej w połowie koncertu, więc nie możemy ocenić całości. Jesteśmy jednak w stanie stwierdzić, że stare utwory Metronomy są tak samo świetne w wykonaniu live („Heartbreaker” czy „The Bay”), jak kilka lat temu. A zespół niezmiennie uroczy i sympatyczny. Ludzie dobrze się bawili, nagrodzili ich gromkimi brawami. Z pewnością możemy się ich u nas spodziewać ponownie za jakiś czas.

The Black Keys. Nie udało im się zainteresować nas swoim występem. Niektóre utwory znamy i lubimy, ale zespół wypadł nudnawo. Doceniamy umiejętności muzyczne panów, niemniej w ich dość żywiołowej muzyce na żywo brakowało energii. Pójście na piwo okazało się ciekawszym rozwiązaniem.

Haim. Na tym koncercie zabraknąć nas nie mogło. Spodziewałyśmy się naprawdę dobrego, energicznego występu, i tak też było. Siostry Haim na żywo brzmią mocniej oraz jeszcze odważniej niż na płycie. Są zadziorne i totalnie rock’n’rollowe! Zespół jest u nas od jakiegoś czasu bardzo hajpowany, więc duża frekwencja nie była zaskoczeniem. Koncert był niestety dość krótki, usłyszeliśmy m.in. „Falling”, „Don’t Save Me”, „The Wire” oraz „Let Me Go”. Haim obiecały, że wrócą do nas szukać mężów – czekamy więc na nową płytę i kolejny koncert w Polsce, na który już teraz szczerze polecamy się wybrać!

Foster The People. Występ na Open’erze był drugą wizytą w Polsce. Poprzednio (2012 r.) zagrali dwa wyprzedane koncerty w warszawskim Palladium – jeden po drugim. Było świetnie, na Twitterze zespołu pojawiło się wtedy „Attention all bands – play a show in Warsaw. Best crowd.”. Na Open’er Stage FTP dali koncert bez zarzutu. Pozytywni, uśmiechnięci, rozbujali i roztańczyli licznie zebraną publikę (której średnia wieku nie była zbyt wysoka, ale czego można się było spodziewać). Usłyszeliśmy sporo utworów z nowej płyty, do której ja przekonałam się dopiero po kilkukrotnym jej przesłuchaniu. I tak pojawiły się m.in. „Best Friend”, „Coming Of Age”, „Pseudologia Fantastica” oraz „Ask Yourself”. Przeplecione były dobrymi, starszymi kawałkami: „Don’t Stop”, „Helena Beat”, „Houdini”, „Call It What You Want” czy najpopularniejsze „Pumped Up Kicks”. Koncert zamykało „Miss You” i zrobiło się bardzo sympatycznie. Jestem przekonana, że ci Kalifornijczycy jeszcze do nas wpadną ;)


//


Interpol. These Americans opened our set of concerts. They aren’t the most dynamic and perhaps their shows aren’t all that interesting if someone isn’t a fan. I, however, love Interpol and I couldn’t wait to see them on stage. In spite of the full sun and a rather early hour the guys gave a great gig. They managed to create a wonderful atmosphere. Moreover, their musical skills are admirable and Paul Banks’ baritone is amazing live. Aside from brilliant, older songs such as “Evil”, “Narc” and “Obstacle 1” the band presented new material, from the upcoming album “El Pintor”. “My Desire”, “Anywhere” and especially “All The Rage Back Home” got me waiting impatiently for its release. An amazing performance of “PDA” and “Slow Hands” closed the show and now I’m hoping for the band’s own, club concert.

Metronomy. We had been to their show before (one of us even twice). In Stodoła club and at OFF Festival they were superb. The performance at Open’er was part of the Brits’ promoting tour for their newest album, which we personally didn’t like so much (aside from a few songs). We reached the Tent Stage around the middle of the concert, so we can’t judge the whole thing. We can, however, say that the older songs (“Heartbreaker” or “The Bay”) are as great live as they were a few years ago. And the group remains ever-charming and nice. The audience was having a good time and awarded them with thunderous applause. We can surely expect to see them return to Poland in the future.

The Black Keys. They didn’t manage to catch our interest with their show. We know and like some songs but the band came across rather boring live. We appreciate their musical skills but this quite lively music was without flair live. Going for a beer turned out to be more interesting.

Haim. We couldn’t miss this concert! We expected a really good, energetic show and that’s what we got. The Haim sisters sound even more expressive and are even more daring than on the album. They’re cheeky and totally rock’n’roll! The band had been hyped in our country for quite a while now, so the high attendance to the gig was no surprise. The concert was a little short unfortunately. We got to hear “Falling”, “Don’t Save Me”, “The Wire” and “Let Me Go” amongst others. Haim promised to come back to Poland to look for husbands, so we’re waiting for a new album and their next visit. We can recommend seeing them straight away!

Foster The People. Their performance at Open’er was their second visit to Poland. Before (2012) they played two sold out concerts in a row at Warsaw’s Palladium club. It was amazing and the guys wrote on Twitter: “Attention all bands – play a show in Warsaw. Best crowd.”. At Open’er FTP gave a flawless show. Positive energy, smiles – they got the (quite low in average age, but what could you expect) audience swaying and dancing. There were many songs from the new album, which I started liking only after numerous spins. “Best Friend”, “Coming Of Age”, “Pseudologia Fantastica” and “Ask Yourself” were among them. They were interwoven by great, older pieces: “Don’t Stop”, “Helena Beat”, “Houdini”, “Call It What You Want” and the most popular, “Pumped Up Kicks”. The show was closed with “Miss You” which was a very nice accent. I’m sure the Californians will return to us soon ;)



/B.N.



________

Like us on Facebook: http://facebook.com/sndchck

To Tumblr, Love Pixel Union