Open’er Festival 2014 - IV

(SCROLL LOWER FOR THE ENGLISH VERSION)


The Horrors. Ze wszystkich zespołów występujących na głównej scenie to właśnie The Horrors zebrali najmniejszą publiczność. Aż przykro było patrzeć. Nie można jednak tego zrzucić na wczesną porę (Foals o tej samej godzinie mieli pokaźny tłum pod sceną). Wina niestety leżała głównie po stronie zespołu. Na scenie byli totalnie bez energii. Nawet nagłe zrywy takie, jak gdy wokalista wyniósł na scenę wielką disco-kulę, a później donicę kwiatów, które rzucał ludziom nie pomogły. Wypadli nudnawo. Szkoda. Przyjemnie słucha się ich płyt, ale koncertów nie mogę polecić.

Faith No More. Poprzedni Open’erowy koncert Faith No More nie przypadł nam do gustu. Kilka lat, trochę więcej dystansu, szersze horyzonty oraz więcej muzyki rockowej niż elektronicznej w naszych „bibliotekach” i wszystko się zmieniło. Tym razem byłyśmy w stanie docenić znakomitego frontmana Mike’a Pattona, jego energię na scenie, świetny kontakt z publicznością, zadziorność, jaki i wszechstronność i fantastyczny głos o godnej pozazdroszczenia skali. Równie wspaniale prezentował się cały zespół, a zwłaszcza pan Roddy Bottum. Nie do końca ogarniamy oprawę sceniczną – wielką kulę disco, wazony z kwiatami i białe stroje członków grupy… Ale cóż, Patton słynie ze swojej ekscentryczności ;) Amerykanie zaserwowali nam porządną, mocną dawkę alternatywy. Miks spokojnych oraz ostrych, wręcz metalowych kawałków. Pojawiły się starsze utwory, jak „We Care A Lot”, „R N’ R” czy „Falling To Pieces”, przebojowe „Epic” i „Midlife Crisis”, wyśmienite „Ashes To Ashes”, nastrojowy cover „Easy”… Usłyszeliśmy też dwie zupełnie nowe piosenki – „Superhero” i „Motherfucker”. To daje nadzieje na nowy album, pierwszy od 17(!) lat. Tego właśnie, jak i kolejnego koncertu w Polsce, życzymy sobie i Wam. Naprawdę warto zobaczyć Faith No More na żywo przynajmniej raz!

Bastille. Dali dobry, energiczny show. Wokalista z pewnością jest obiektem wzdychań wielu gorących 16-tek. Mają bardzo dobry kontakt z publicznością, starają się go podtrzymywać przez cały występ. Dan całkiem sporo rozmawia z ludźmi pod sceną, co tworzy taką… swojską atmosferę. To, co zwróciło szczególnie moją uwagę to jego bardzo, bardzo ładny akcent. Mówienie po polsku też udało mu się niemal idealnie. Dużo podkreślał, że są wdzięczni za przyjście na ich koncert i zaproszenie na ten festiwal. Częścią jego nawiązywania kontaktu z publiką było także schodzenie ze sceny do barierek czy wejście na reżyserkę (ale nas tym wykiwał, wszyscy myśleli, że wchodzi z powrotem na scenę!). Było także „Sto lat”, bo perkusista miał urodziny. A oprócz tego, usłyszeliśmy na koncercie przede wszystkim „Bad Blood”, „Laura Palmer”, „These Streets”, „Things We Lost In The Fire”,„Pompeii” oraz covery „Of The Night” i „No Scrubs” (tytuł Bastille to „No Angels”). Zagorzali fani zespołu z pewnością bawili się bardzo dobrze na koncercie. Można było potańczyć oraz pośpiewać refreny bardziej znanych kawałków. My na klubowy koncert Bastille biletów raczej kupować nie będziemy (ale kto wie), jednakże jeśli kiedyś przydarzy się okazja ponownie zobaczyć ich na żywo, np. tak jak tym razem na festiwalu, to pewnie tam wpadniemy ;)

Phoenix. Ten koncert opisać mogę jedynie w superlatywach. Inaczej się nie da. Kazali nam na siebie czekać 14 lat, ale tym jednym, nieco ponad godzinnym występem całe to wyczekiwanie wynagrodzili. Od wejścia na scenę mieli wspaniałą, pozytywną energię i nie stracili jej przez cały show. Publiczność rozbujała się od pierwszych dźwięków rozpoczynającego set „Entertainment”. Dalej było tylko lepiej! Świetna atmosfera sama się nakręcała, nagradzani gromkimi brawami i okrzykami Francuzi dziękowali nam za wspaniałe przyjęcie. Trudno ustać w miejscu przy tak genialnej mieszance elektroniki, popu oraz rocka. Tym bardziej, gdy obserwuje się uśmiechnięty, tańczący na scenie zespół i wsłuchuje w cudowny wokal Tomasa Marsa. Grupa zaprezentowała znakomitą setlistę składającą się z 8 piosenek oraz 4 fenomenalnych miksów utworów. Pojawiły się fantastyczne „Lasso” i „Rome”, szlagierowe „Lisztomania” oraz „1901”, wyśmienicie skomponowane „Trying to Be Cool / Drakkar Noir / Chloroform” czy „If I Ever Feel Better / Funky Squaredance”. Zachęcony świetną reakcją tłumu wokalista coraz więcej czasu spędzał w fosie, śpiewając refreny wraz z fanami. Podczas kończącego „Entertainment (Reprise)” Mars wykonał crowdsurfing (literalnie płynąc kraulem po lesie rąk). Po tak genialnym show należało mu się (dosłowne i przenośne) noszenie na rękach :) Bez dwóch zdań występ Phoenix był jednym z najlepszych tej edycji Open’era, zdecydowanie w moim „top 3”. Trudno wymarzyć sobie lepsze zakończenie festiwalu. Mamy wielką nadzieję, że Francuzi nie każą nam na siebie czekać kolejnych 14 lat i wrócą do nas niebawem - najlepiej na własny, klubowy koncert. A kiedy już tak się stanie - bądźcie tam koniecznie, nie pożałujecie!


//


The Horrors. Out of all the bands that performed on the main stage The Horrors gathered the smallest audience. It was sad to watch. But it can’t be blamed on the early hour (Foals, who played just as early the day before, gathered a rather large crowd). Unfortunately it was the band’s own fault. They were totally drained of energy on stage. Even sudden bursts, like when the vocalist brought a giant disco-ball and later flowers, which he threw to the listeners, didn’t help. They came across boring. A shame. I like to listen to their music on my player, but I can’t recommend their concerts.

Faith No More. We weren’t very fond of their last gig at Open’er. A few years had passed, we gained a different view, broader horizons and more rock music in the place of electronic in our libraries and everything changed. This time we could appreciate the fantastic frontman, Mike Patton, his energy on stage, great contact with the crowd, cheekiness as well as his versatile and wonderful voice with its admirable scale. The rest of band was just as great, especially mister Roddy Bottum. We don’t necessarily get the stage design – the giant disco ball, pots of flowers and the group’s white outfits… But oh well, Patton is known for his eccentricity ;) The Americans gave us a good, strong dose of alternative music. A mixture of calm and heavy, metal tracks. There were some older songs such as “We Care A Lot”, “R N’ R” and “Falling To Pieces”, hit singles “Epic” and “Midlife Crisis”, remarkable “Ashes To Ashes”, atmospheric cover of “Easy”… We also got to hear two completely new pieces – “Superhero” and “Motherfucker”. This gives me hope for a new album, a first release since 17(!) years. And that is what I wish for all of us. As well as another show. Faith No More is really worth seeing at least once!

Bastille. They gave a good, energetic show. The vocalist is undoubtedly the person of worshipfor many sweet sixteens. The band has a really good contact with the crowd and they try to maintain it throughout the show. Dan does a lot of talking to the gathered people which helps create a very… family-like atmosphere. What especially got my attention was his beautiful, beautiful English accent. He even did very well when he spoke some Polish. Many times he repeated how grateful they were to everyone who came to see their show and how thankful the group was for the invitation to the festival. Apart of his contact with the audience he was going down to the bars and even climbing the technicians’ tent (he tricked us by it, everyone thought he was going back on stage!). There was some “Happy Birthday” singing as well since it was the drummers birthday. And aside from that we heard “Bad Blood”, “Laura Palmer”, “These Streets”, “Thing We Lost In The Fire”, “Pompeii” as well as covers of “Of The Night” and “No Scrubs” (Bastille’s version is called “No Angles”). Big fans of the group surely had the time of their life. The concert was perfect for singing along to the choruses and dancing. We probably won’t attend Bastille’s club concert (well, who knows), but if we ever get a chance to see them live, at another festival for example, we’ll definitely drop by ;)

Phoenix. I can speak only very high of this show. There is no other way. They made us wait 14 years. But this one concert was a compensation and more for all this time. From the very moment they walked on stage they had wonderful, positive energy and they kept it throughout the gig. The first sounds of the opening track, “Entertainment”, got the audience moving. And it only got better after that! The wonderful atmosphere kept unfolding and the Frenchmen, rewarded with thunderous applause and cheers for every song, thanked us for the remarkable reception. It’s hard to stand still while listening to such a brilliant mixture of electronic, pop and rock music. Especially when you’re looking at the smiling band dancing on stage and listening to Thomas Mars’ marvellous vocals. The group presented a fantastic setlist which consisted of 8 songs and 4 phenomenal mega-mixes. And so we heard the amazing “Lasso” and “Rome”, smash-hits “Lisztomania” and “1901”, incredibly well remixed “Trying to Be Cool / Drakkar Noir / Chloroform” and “If I Ever Feel Better / Funky Squaredance”. Encouraged by the crowd astonishing reaction the vocalist spent more and more time at the bars singing the choruses with the audience. During the last song, “Entertainment (Reprise)” Mars went crowdsurfing (literally doing the crawl stroke on a sea of arms). He completely deserved being doted by the fans :) Indisputably Phoenix gave one of the best concerts at this edition of Open’er and definitely made my “top 3”. It’s hard to imagine a better ending to the festival. I really hope that these Frenchmen won’t make us wait another 14 years and will return soon. A club show would be the best. And when that happens – you’ve got to be there, you won’t regret it!



/B.N.



_______

Like us on Facebook: http://facebook.com/sndchck

Open’er Festival 2014 - III

(SCROLL LOWER FOR THE ENGLISH VERSION)


Foals. Trzy lata temu w deszczu, w tym roku w pełnym słońcu. Foals odwiedzili nasz kraj po raz trzeci, a już drugi na Open’erze. Koncert został wyznaczony na dość wczesną godzinę, niemniej zespół zebrał sporą publiczność. I nic w tym dziwnego. Panowie cieszą się w Polsce znaczną oraz zasłużoną popularnością. Na żywo brzmią jeszcze ciekawiej niż na albumach i znakomicie potrafią zbudować więź z fanami. Yannis kilkukrotnie schodził do tłumu, wchodził na barierki, zachęcał ludzi do zabawy. Ci nie potrzebowali wiele nakłaniania. Podczas hitów takich jak „My Number”, „Two Steps, Twice” czy „Spanish Sahara” rozpętywało się szaleństwo, a pod sceną robiło się gorąco. Sam Yannis w zagranicznych wywiadach przyznaje, że nasz kraj ma jedną z najlepszych publiczności. Po tym koncercie trudno nie wierzyć w szczerość jego słów. Ja mogę w rewanżu powiedzieć, że Foals należą do najfajniejszych i najbardziej czarujących performerów. Zdecydowanie warto wybrać się na ich występ.

Royal Blood. Kiedy ogłoszono ich przyjazd na tegorocznego Open’era byłam w szoku, że tak szybko będę miała okazję zobaczyć ten genialny duet na żywo (przecież dopiero co w styczniu usłyszałam ich po raz pierwszy!). Jarałam się okrutnie przed koncertem, a po ich występie na Alter Stage… O mamo. Byli prze-fantastyczni! Posiedli mnie kompletnie, dosłownie doprowadzają do rozkoszy. Na scenie dają z siebie wszystko. Namiot koncertowy był pełen ludzi i potu, brakowało jedynie powietrza. Jak tylko wybrzmiało „Hole” zaczęło się totalne szaleństwo. A potem z każdym kolejnym kawałkiem wszyscy byliśmy coraz bardziej nakręceni. „Come On Over”, „Little Monster”, „Loose Change”, „Out Of The Black”.. Latające buty, rozszarpane ubrania, mosh, dziury w podłodze i zniszczone trampki. Teraz jeszcze bardziej pożądam ich debiutanckiego długograja (sierpień, sierpień!) i trzymam za słowo, że niedługo wrócą do Polski. Zaraz obok headlinera dnia trzeciego, występ Royal Blood to mój najlepszy koncert Open’era 2014. Wpadłam po uszy!

Jack White. Na koncert tego pana w wersji solo czekałyśmy 2 lata. Cierpliwość została wynagrodzona, i to co najmniej w 200%! Jack jest wspaniały, po prostu. Nie podlega to wątpliwości. Szczery, sympatyczny, uroczy człowiek – i ma w sobie to coś, co przyciąga. Zawsze podkreśla, że ma polskie korzenie, co jeszcze bardziej urzeka naszą publiczność. Set niemal w połowie składał się z kawałków The White Stripes. Tym sposobem mieliśmy okazję usłyszeć takie utwory, jak „Hotel Yerba”, „Astro”, „You Don’t Know What Love Is”, „Icky Thump” czy szlagierowe „Seven Nation Army”, które dosłownie zniszczyło wszystko! Cały, licznie zebrany tłum wyśpiewał ten hit razem z Jackiem. Nuciliśmy go nawet długo po zejściu zespołu ze sceny. Pojawiły się też „Steady As She Goes” The Raconteurs czy „Blue Blood Blues” The Dead Weather. Z “Blunderbuss” zagrano m.in. świetne “Love Interruption”, “Missing Pieces”, “Sixteen Saltines” i “Freedom At 21”. Natomiast z najnowszego wydawnictwa pt. “Lazaretto” usłyszeliśmy tytułowy singiel “Lazaretto”, „High Ball Stepper”, „Just One Drink” oraz “Would You Fight For My Love?” (osobiście, zabrakło mi mojego ulubionego “That Black Bat Licorice”, ale nie wybrzydzam!). Należy też wspomnieć o świetnym zespole, z którym White występuje na scenie. Perkusista, klawiszowiec, gitarzysta, wokalistka-skrzypaczka (piękna, piękna Pani o genialnym głosie)… Wszyscy byli po prostu fantastyczni. W trakcie koncertu Jacka White’a na scenę patrzy się z wielką przyjemnością, a jeszcze rozkoszniej się słucha. I nawet mimo małych problemów zdrowotnych, ten geniusz dał z siebie dosłownie wszystko. Szczery uśmiech oraz zadowolenie wymalowane na jego twarzy to najlepsze, co można dostać od muzyka na koncercie. Obiecał, że wrócą jak najszybciej. Liczymy na to bardzo, czekamy i wszystkim, których ominął ten cudny występ polecamy jechać jak tylko będzie do tego okazja. Warto, po stokroć warto!

Ben Howard. Organizatorzy wyznaczyli za późną godzinę na występ tego pana. Tak spokojna, klimatyczna, romantyczna muzyka byłaby idealna do posiedzenia na trawie i posłuchania koło 19-20. Ben zagrał na Here And Now Stage o 23, a my po wyszaleniu się na Foals, Royal Blood oraz Jacku White zostałyśmy prawie uśpione. Mimo, że Howard ma świetny głos i jego koncert z pewnością mógł się podobać, nie byłyśmy w stanie zabawić tam długo.

Lykke Li. Pierwszą rzeczą, która rzucała się w uszy było – niestety - nagłośnienie. Na The Black Keys było za cicho, za to na Lykke Li natężenie dźwięku utrudniało przyjemny odbiór koncertu. Zatyczki do uszu szczęśliwie rozwiązywały ten problem i można było skupić się na występie oraz zwrócić uwagę na piękną scenografię – zwieszone woale, sztuczny dym podświetlany od tyłu tworzyły naprawdę fantastyczną oprawę. Wsłuchać się w cudowny głos Szwedzkiej wokalistki i melancholijne melodie jej utworów, które przyczyniały się do stworzenia niepowtarzalnej atmosfery. Koncert nie był długi, ale za to stał się naprawdę wspaniałym doświadczeniem. Usłyszeliśmy fantastyczne „Sadness Is A Blessing”, ujmujące „Dance, Dance, Dance”, słodkie „Little Bit”. Nie zabrakło też przebojowego „I Follow Rivers”, jak i nowych, świetnych utworów – „Gunshot”, „No Rest For The Wicked” czy tytułowego „I Never Learn”. Występ Lykke Li był niezwykle miłym, klimatycznym zakończeniem festiwalowego dnia pełnego wrażeń.


//


Foals. Three years ago in pouring rain, this time in full sun. Foals have visited our country for the third time ever and second at Open’er. The show was scheduled quite early in the day, but gathered a fine crowd nonetheless. And small wonder. The guys can boast a big and well earned popularity in Poland. Live they sound even more interesting than on the album and they are great at building a bond with the fans. Yannis went down to the gathered a couple of times, he climbed the bars and encouraged the people to join the fun. Much persuasion wasn’t needed. Hits such as “My Number”, “Two Steps, Twice” and “Spanish Sahara” got the crowd wild and the atmosphere hot. Yannis himself said in foreign interviews that our country has one of the best audiences. And after this show it’s hard not to believe the sincerity of his words. In return I can say that Foals are among the coolest and most charming performers and they’re really worth seeing live.

Royal Blood. When their performance was announced for Open’er this year I was shocked that I’d have the chance to see this brilliant duo live so quickly (I only just heard them for the first time in January!). I was extremely excited before the concert and after it ended… Oh dear. They were uber-amazing! They got me completely, they literally brought me delight. They give their all on stage. The concert tent was full of people and sweat, the only lacking thing was air to breathe. As soon as “Hole” sounded out total madness started. And the crowd got more winded up with every song. “Come On Over”, “Little Monster”, “Loose Change”, “Out Of The Black”. Flying shoes, ripped clothes, mosh pit, holes in the floor and destroyed sneakers. Now I can hardly wait for their debut longplay (August, August!) and I’m holding them to their word about returning to Poland soon. Aside from the headliner of the third day, Royal Blood were my favourite concert of Open’er 2014. I’m ears deep!

Jack White. We waited two years for a solo concert of this gentleman. Our patience was rewarded in 200% in the least! Jack is amazing, it’s as simple as that. It’s indisputable. Sincere, nice, charming – he’s just got something magnetic about him. He always brings up his Polish roots which gets our crowd cheering. Almost half of the set was made of The White Stripes’ song. And so we heard “Hotel Yerba”, “Astro”, “You Don’t Know What Love Is”, “Icky Thump” and the hit single ”Seven Nation Army”, which smashed everything! The whole big crowd sang along to it with Jack. We hummed it even long after the band left the stage. There were also pieces such as The Raconteurs’ “Steady As She Goes” and The Dead Weather’s “Blue Blood Blues”. Off of “Blunderbuss” we got the wonderful “Love Interruption”, “Missing Pieces”, “Sixteen Saltines” and “Freedom At 21”. From the newest release Jack presented the title track “Lazaretto”, “High Ball Stepper”, “Just One Drink” and “Would You Fight For My Love?” (personally I wish they played my favourite “That Black Bat Licorice”, but I’m not complaining!). The fantastic band, that performed with White is also worth mentioning. Drummer, keyboard player, guitarist, female vocalist-violinist (a beautiful, beautiful lady with an amazing voice)… All of them were just marvellous. It’s a pleasure to watch Jack White perform on stage and it’s even more delightful to listen to him. In spite of health issues this genius really gave it all. A sincere smile and happiness painted on the face is a musician’s greatest gift at a gig. He promised to return soon. We’re really counting on it and recommend going to the show to everyone who missed this last, wonderful chance. It’s really, really worth it!

Ben Howard. The organizers scheduled this performer too late in the night. Such calm, atmospheric, romantic music would be perfect for listening to while sitting on the grass at about 7-8 p.m. But Ben played at the Here And Now Stage at 11 p.m. and we were almost put to sleep after the rocking out and the energy of Foals, Royal Blood and Jack White. Even though Howard has a great voice and surely this show could have been enjoyable we weren’t able to stay there long.

Lykke Li. The first thing that got your attention was, unfortunately, the acoustics. While The Black Keys were too quiet, the intensity of sound was in the way of proper enjoyment of Lykke Li’s performance. Earplugs came to the rescue and solved the problem giving me the chance to focus on the show. The stage design was amazing – veils hanging from the ceiling and illuminated artificial smoke. The Swedish vocalist’s wonderful voice and melancholic melodies of her songs created a unique atmosphere. Though now very long, the concert was a truly great experience. We heard the fantastic “Sadness Is A Blessing”, charming “Dance, Dance, Dance”, sweet “Little Bit”. Of course the setlist wouldn’t be complete without the hit single “I Follow Rivers” as well as new, lovely pieces – “Gunshot”, “No Rest For The Wicked” or the title track “I Never Learn”. Lykke Li’s performance was a really nice, atmospheric end to an exciting festival day.



/B.N.



_________

Like us on Facebook: http://facebook.com/sndchck

To Tumblr, Love Pixel Union